poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Warty uwagi cytat z "Robotnika" Jüngera



Żyjemy w sytuacji, w której ani praca, ani posiadanie, ani majątek nie przynoszą zysków, a dochód zmniejsza się proporcjonalnie do obrotu. Świadczy o tym pogarszanie się sytuacji życiowej robotnika, coraz szybsze rozpraszanie się majątków, nietrwałość własności, zwłaszcza własności ziemskiej, wreszcie nietrwałość środków produkcji. Produkcja nie wykazuje stabilności, toteż niepodobna jej zaplanować na dłuższy okres. Wszelki zysk pochłania wciąż powracająca konieczność większego przyspieszenia. Nieograniczona konkurencja obciąża bez różnicy producenta i konsumenta – jako przykład podajmy reklamę, która rozwinęła się w coś na kształt fajerwerku, pochłaniającego ogromne sumy, których pokrycie należy do nas wszystkich. Trzeba też wspomnieć o kompletnie nieukierunkowanym wzbudzaniu potrzeb, rosnących wygodach, bez których człowiek we własnym mniemaniu nie byłby już w stanie egzystować, a które zwiększają tylko rozmiary jego zależności i jego zobowiązań. Same te potrzeby z kolei są tyleż różnorodne, co zmienne – coraz mniej rzeczy kupuje się na całe życie. Zdaje się zanikać wszelki zmysł trwania, ucieleśniający się zwykle w posiadaniu nieruchomości, w przeciwnym wypadku trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego na zakup samochodu, trwałego zaledwie przez kilka lat, przeznacza się sumy wystarczające na wiejską posiadłość lub winnicę. Wraz z inwazją towarów, wytwarzanych na skutek gorączkowej konkurencji, mnożą się nieuchronnie kanały, którymi odsysany jest pieniądz. Ta mobilizacja pieniądza wytwarza system kredytowy obejmujący nawet grosiki. Zaistniała więc sytuacja, w której dosłownie żyje się na raty, to znaczy w których egzystencja ekonomiczna jawi się jako nieustanna spłata kredytów płacą, już z góry nimi obciążoną. Zjawisko to odzwierciedlają w ogromnej skali długi wojenne, w ramach których skomplikowane mechanizmy finansowe skrywają w istocie konfiskatę energii potencjalnej, oprocentowanie niewyobrażalnych łupów dzięki wykorzystaniu siły roboczej; a proces ten sięga w głąb prywatnych egzystencji. Należy też wspomnieć o tendencji do nadawania własności form coraz mniej zwartych i odpornych. Chodzi tu o przemianę resztek własności feudalnej we własność prywatną, o sposób, w jaki indywidualne i społeczne oszczędności zastępuje się płatnościami ubezpieczeniowymi, a przede wszystkim o rozmaite ataki na rolę złota jako symbolu wartości. Dochodzą do tego formy opodatkowania, nadające własności swego rodzaju charakter administracyjny. Tak oto po wojnie właściciel domu staje się poniekąd poborcą podatkowym na rzecz programów budowlanych. Tym atakom cząstkowym odpowiadają całościowe inwazje na ostatnie zakątki ekonomicznego bezpieczeństwa w postaci inflacji i katastrofalnych kryzysów. Sytuacja ta nie podlega żadnej ekonomicznej regulacji już choćby z tego powodu, że władają nią prawa odmienne od gospodarczych. Wstąpiliśmy w fazę, w której wydatki są większe od dochodów i w której widać bardzo wyraźnie, że technika to nie zagadnienie ekonomiczne, podobnie jak robotnika nie sposób pojmować w kategoriach gospodarczych.

- E. Jünger, “Robotnik”, 1932



niedziela, 3 stycznia 2016

Amintore Fanfani o komunizmie jako najwyższym stadium rozwoju kapitalizmu


Może to zabrzmieć jak paradoks, ale najbardziej perfekcyjne zasady ustroju kapitalistycznego zostały urzeczywistnione w systemie sowieckim, w którym wszystkie prywatne i społeczne wysiłki zostały skierowane na jeden cel: ekonomiczną racjonalizację wszystkich sfer życia. Aż do likwidacji prywatnej własności i rodziny, a także zniszczenia wszelkich ideałów religijnych, które mogłyby zagrozić takiej racjonalizacji.

Rosja przeprowadziła kapitalistyczny eksperyment społeczny do punktu krańcowego. Bolszewicy przejęli kapitalistyczny ideał ekonomicznej racjonalizacji życia, zastępując jednak jednostkę i jej egoistyczne dążenia - abstrakcyjnym kolektywem, ludzkością. Spostrzegli bowiem, że ostateczną przeszkodą na drodze racjonalizacji jest sam jej podmiot - człowiek. Ażeby tę przeszkodę usunąć, dokonali prostego zabiegu - rolę wykonawcy i beneficjenta przemian ekonomicznych przenieśli z jednostki, posługującej się państwem, jako narzędziem - na to właśnie państwo. Człowiek stał się narzędziem państwa. Z podmiotu przemian stał się przedmiotem.

Te rozważania pozwalają nam zrozumieć istotę systemu komunistycznego i odsłaniają głupotę tych, którzy widzą w komunizmie antytezę kapitalizmu, podczas gdy jest on po prostu jego ukoronowaniem - najwyższym stadium rozwoju.

-A. Fanfani, "Komunizm i kapitalizm przeciwko katolickiej koncepcji państwa", "Szczerbiec", nr 150 (2014), s. 36.


wtorek, 3 listopada 2015

Stefan Kisielewski (1911-1991) o posoborowej rewolucji


W Pałacu Prymasa była narada na temat muzyki i śpiewu w liturgii. Smutne to, bo widać, jak niszczą wszelką tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli chorał gregoriański, wycofując łacinę, zniszczyli stary kościelny folklor, wprowadzili za to cukierkowe pieśni bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity. Modernizacja Kościoła, mająca na celu jego większą powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on od mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi.

poniedziałek, 26 października 2015

Dom Gérard Calvet (1927-2008) o początkach Christianitas


Aby Kościół mógł istnieć, nie potrzeba mu wielkich przestrzeni. Korzysta on z tak wielkiej i intensywnej mocy duchowego uświęcenia, że może w pełni się realizować już w niewielkiej substancji, na przykład w śpiącym w kołysce ochrzczonym dziecku. Był taki czas, kiedy cały Kościół był skupiony w piętnastoletniej dziewicy noszącej Słowo pod sercem. Jednak ustanowienie posad Chrześcijaństwa* wymagać będzie terytorium, rasy ludzi, zarysu organizacji społecznej, trzeba będzie, aby Bóg skierował swój wzrok na tę właśnie cząstkę ludzkości, od dawna przygotowywaną przez łaskę, przez wieki wysiłków i walki, uświęconą krwią męczenników. Potrzebna wreszcie będzie obecność Kościoła misyjnego i sakramentalnego oraz ludzi o nieustraszonej wierze, gotowych głosić Ewangelię Królestwa. Kiedy krew męczenników dostatecznie już zrosi ziemię, a strumień sakramentów nawodni kanały państwa, Chrześcjaństwo* zaczyna wypuszczać pędy i rozkwita delikatny kwiat, któremu, zaledwie rozwinie się z pąka, grozi zniszczenie. Stopniowo krzepną chrześcijańskie obyczaje, nie bez domieszki zwyczajów pogańskich. Żeby zrozumieć tę rodzącą się społeczność, która nie oswobodziła się jeszcze w pełni z pozostałości dawnych kultów: bożków, świętych źródeł, przesileń słońca, świątyń, swoich lęków, powinniśmy - nie tracąc wszelako z oczu głębi Boga - przenieść wzrok nieco bliżej ziemi, do ubogich rzeczywistości dnia powszedniego: domów, pól, codziennej pracy. Trzeba spojrzeć jeszcze niżej: na historię człowieczą zmieszaną z błotem i krwią, na splątanie natury i łaski, na ludzi z trudem podporządkowujących się przykazaniom Boga i Kościoła. Wszak nikt nie każe nam wierzyć, że wojownicy frankofońscy ochrzczeni wraz z Chlodwigiem w noc Bożego Narodzenia 496 roku powrócili do swych domów nagle przemienieni w idealnych ojców rodzin. Zadziałała jednak zasada zbieżności: czyste serca, oświecone wiarą, powołają takie instytucje, w których łaska będzie swobodnie działać. Zatem dzięki Kościołowi życie Boże łatwiej przepływa kanałami państwa doczesnego. Niebo dotyka ziemi, powoli, bardzo powoli ziemskie ojczyzny poznają swe nadprzyrodzone przeznaczanie: uczestniczymy w narodzinach świata chrześcijańskiego

- G. Calvet, "Jutro Chrześcijaństwa", tł. E Waliszewska, Poznań 2001, s. 30-31.

* Chrześcijaństwo w tym wypadku oznacza Christianitas - cywilizację zrodzoną na gruncie religii Chrystusowej.

Św. Grzegorz Wielki o roztropnym postępowaniu względem pogan


Nie burzcie pogańskich świątyń lecz je konsekrujcie; ustawiajcie w nich ołtarze i umieszczajcie relikwie. Tam, gdzie ludność ma zwyczaj składać ofiary demonowi lub swoim bożkom, gódźcie się na obchodzenie tego samego dnia uroczystości chrześcijańskich, wszelako w innej formie. Na przykład w dniu świętych męczenników każcie wiernym wznieść szałasy z gałęzi i zorganizować agapę. Zgoda na uzewnętrznienie radości pozwoli łatwiej osiągnąć radość wewnętrzną. Nie wolno od razu wyrzucać całej przeszłości z ich dzikich serc: szczytów nie zdobywa się podskakując, lecz stąpając powoli!

(cyt. za: G. Calvet, "Jutro Chrześcijaństwa", tł. E Waliszewska, Poznań 2001, s. 33).

czwartek, 24 września 2015

Opinia Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego na temat przyczyn słabości Rzeczypospolitej


Książe poglądał ze smutkiem przez tafle karety na owe tłumy rycerstwa, żołnierzy i szlachty, na te bogactwa i przepych ubiorów myśląc, jaką by siłę można z nich utworzyć - ile wojska wystawić! Czemu to ta Rzeczpospolita, taka silna, ludna i bogata, dzielnym rycerstwem przepełniona, jest zarazem tak mdła, że sobie z jednym Chmielnickim i z dziczą tatarską poradzić nie umie? Czemu? Na krocie Chmielnickiego można by krociami odpowiedzieć, gdyby owa szlachta, owo żołnierstwo, owe bogactwa i dostatki, owe pułki i chorągwie chciały tak rzeczy publicznej służyć, jako prywacie służyły. "Cnota w Rzeczypospolitej ginie! - myślał książę. - I wielkie ciało psuć się poczyna; męstwo dawne ginie i w słodkich wczasach, nie w trudach wojennych kocha się wojsko i szlachta!"

H. Sienkiewicz, "Ogniem i mieczem", t. 2, Kraków 2015, s. 111 (rdz. 10).


piątek, 24 lipca 2015

Kilka słów o kondycji duchowej polskich katolików

Zabierając się do pisania poniższego tekstu nie zamierzam w sposób wyczerpujący omówić problematyki zasygnalizowanej w tytule, nie uważam także, iż moje obserwacje są nieomylne. Pragnę tylko podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat duchowej kondycji Polaków, które wyprowadzam przede wszystkim z obserwacji poczynionych w ostatnich latach w kilku parafiach (miejskich i wiejskich).

Po pierwsze: upadek szacunku do świętości. Zaczynając od spraw najbardziej zasadniczych i bolesnych: coraz więcej osób lekceważy rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Objawia się to przystępowaniem do Komunii świętej w postawie stojącej, ignorując nawet przyklęknięcie przed komunikowaniem, jak i w coraz częstszym unikaniu postawy klęczącej w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu. Nierzadko także można obserwować katolików, którzy przechodząc w pobliżu tabernakulum „zapominają” o przyklęknięciu przed Królem. Smutno to przyznać, ale wydaje się, że na te zachowania niemały wpływ mają sami księża, od biskupów po wikarych. Współczesna architektura sakralna, odprawianie Mszy św. „twarzą do ludu”, nastawienie na względy „praktyczne” i szybkość (co ma uzasadniać komunikowanie na stojąco), a także odrzucenie innych zewnętrznych form czci sprzyja takim zachowaniom. Czy jednak lud prawdziwie pobożny i gorliwy mógłby tak łatwo „wyprzeć” jeszcze do niedawna oczywiste dla wszystkich „zwyczaje”, które należy zachować będąc w kościele? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Kwestia ta jednak wymaga solidnego rozpatrzenia.

Upadek czci wiąże się także z lekceważącym podejściem do ubioru „niedzielnego” i zachowania w samym kościele. W moim kościele parafialnym czymś normalnym stało się chodzenie na Mszę świętą w stroju, który równie dobrze można ubrać idąc pograć w piłkę na boisku lub modnego klubu na dyskotekę. Zachowania te doskonale obrazują zagubienie sensus catholicus i na pewno nie możemy na nie pozwalać. Alice von Hildebrand zauważyła:
Jak możemy dzielić się chwalebnymi prawdami katolickiej wiary z innymi, jeśli te prawdy nie wpływają na nasze zachowanie? Dzieje się tak zwłaszcza w bezpośredniej obecności Najwyższego Pana Wszechświata, który raczy mieszkać w naszych tabernakulach. Niemożliwe jest, aby żyd czy protestant uwierzył w Rzeczywistą Obecność, kiedy wchodzi do kościoła wypełnionego katolikami gadającymi i żartującymi jak gdyby byli w restauracji, albo ubranymi jak gdyby jechali na biwak. Skoro Bóg jest faktycznie obecny w naszych kościołach, musimy się zachowywać odpowiednio


Inna, bardzo rzucająca się w oczy kwestia to sprawa piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych i postu w ogóle. Widok katolika jedzącego mięso w piątek jest czymś normalnym. Myślę, że gdyby przeprowadzić badanie, mające wykazać, czy obroty różnorakich barów szybkiej obsługi nastawionych przede wszystkim na sprzedaż dań mięsnych spadają w piątek moglibyśmy zauważyć, że są one praktycznie takie same jak w inne dni. Podobnie z postem rozumianym jako wstrzymywanie się od zabaw hucznych. Piątkowe dyskoteki i inne zabawy (studniówki, bale, komersy itp.) to „normalka” dla polskich katolików. Zwyczaj robienia mocnych postanowień na Wielki Post powoli także obchodzi w niebyt. Niestety, tutaj, podobnie jak w kwestii czci dla Najświętszego Sakramentu sporo winy wydaje się być po stronie hierarchii (aczkolwiek mniej niż w tej pierwszej kwestii). Nie mało zamieszania w tej materii narobiła zmiana przykazań kościelnych. Tak naprawdę trudno powiedzieć, czy obecnie katolik może, czy też nie może „bawić” się w piątki. Ja sam, mimo iż jestem magistrem teologii spotkałem się z różnymi opiniami w tym temacie i nie wiem, które są prawidłowe, a które nie. Ze względu na zamieszanie, i szacunek dla Tradycji uważam jednak, że w tej materii należy się trzymać starego prawa. Katolik nie umiejący pościć to taki sam absurd jak np. samochód bez kierownicy. Popatrzmy na muzułmanów, przez długi okres ramadanu (30 dni) nie jedzą nic od świtu do zmierzchu, a jeszcze nie słyszałem, żeby któryś z nich uznał, iż jego religia „za dużo od niego wymaga”. Podobnie prawosławni, u których Wielki Post nadal jest okresem intensywnej pracy nad sobą. Niestety, większość naszych współwyznawców ma nie tylko problem z co piątkową wstrzemięźliwością, ale nawet dwa razy do roku, w Wielki Piątek i Środę Popielcową nie zachowuje, ścisłego postu (JEDEN posiłek do syta i EWENTUALNIE trochę pokarmu rano i wieczorem). Wypadałoby dodać, że spora część rzymskich katolików nie rozumie, czym ten ŚCISŁY post różni się od co piątkowego…

Jak mamy walczyć ze światem, jak mamy się opierać pokusom, które atakują nas z każdej strony, kiedy nie potrafimy zapanować nad swoim apetytem i chęcią „zabawy”?

Sprawa stosunków damsko-męskich: konkubinat, rozwody, stosunki przedmałżeńskie, antykoncepcja itp. Jeszcze kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat temu dwoje młodych (lub nie młodych) ludzi mieszkających ze sobą przed ślubem, czy nawet śpiących od czasu do czasu pod jednym dachem, wywoływało zgorszenie i komentarze. Aktualnie jest to normalne, a powiedzenie, iż nie „spało” się ze swoją żoną przed ślubem wywołuje zdziwienie i śmiech u – przecież zazwyczaj ochrzczonych i wychowanych po katolicku – młodych Polaków. Rozwody traktuje się jako rzecz najzwyklejszą w świecie, w wielu przypadkach mającą – podobno – przynosić ulgę rozwodzącym się osobom. ”Opinia publiczna” zgodnie twierdzi, że przecież Kościół co prawda się nie zgadza, ale „życie jest życiem”, „tak wyszło”, „lepiej dla wszystkich, żeby się rozeszli, a nie męczyli ze sobą”. Strach pomyśleć, co by było, gdyby taka mentalność panowała w czasach naszych dziadków… Ciekawe, jak wielu z nas miałoby łaskę być wychowywanym w normalnej rodzinie? Pomyślmy, jaki los taka mentalność szykuje naszym dzieciom i wnukom. Czy rozwód jest rozwiązaniem? W żadnym wypadku. Skrajne przypadki (mąż bijący żonę i dzieci itp.) można rozwiązać separacją. Nasze babki i dziadkowie także miewali różne chwile w małżeńskim pożyciu. Kłócili się, obrażali. A później godzili i jakoś nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich żałował, że kilkadziesiąt lat temu „nie rozwiązał problemu” i „w przyjaźni” rozszedł się ze współmałżonkiem. Zresztą, abstrahując od argumentów „ludzkich” pamiętajmy, że w Obliczu Boga małżonkowie przysięgają sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. A Boga nie można lekceważyć.

Co smutne, dobra akcja billboardowa mająca przypomnieć Polakom, że „konkubinat to grzech” jest torpedowana przez bardzo aktywnych, publicystów i blogerów, rozpaczających, iż zamiast pokazać piękno małżeństwa promuje się przekaz „negatywny”. Moim zdaniem ci wszyscy krytycy nie rozumieją jednego: jesteśmy jak osioł stojący nad przepaścią. Mówienie, iż z drugiej strony jest piękna, zielona trawka może nie wystarczyć, aby zawrócić to zwierze ze złej drogi. Koniecznym jest ostrzeżenie, że trwanie w tym stanie dalej może skończyć się śmiercią. Najgorszą jaka istnieje, bo duchową, skazującą na wieczne potępienie.

Wiedza religijna i świadomość wyjątkowości własnej religii. „Bombardowanie” hasłami o tolerancji, konieczności szacunku dla odmienności, „wyborów” każdego człowieka itp. zaowocowało przekonaniem niemałej części katolików, iż „wszystkie religie są dobre”, „każdy ma swoją drogę do Boga”, „nikogo nie powinniśmy nawracać”. Przymus w kwestii religii nie jest rzeczą dobrą. Nie oznacza to jednak, że dobrym jest stawianie na równi rozmaitych fałszywych kultów lub wyznań powstałych na drodze odstępstwa na równi z prawdziwą, dającą zbawienia, świętą wiarą katolicką. Jeśli ktoś nadal wątpi w prawdziwość i wyjątkowość naszej religii to polecam zapoznać się z klasycznymi dziełami apologetycznymi.

Propaganda masońsko-żydowsko-protestancko-komunistyczna zdołała dokonać rzeczy niesamowitej: przekonała miliony katolików, że dzieje ich Kościoła to nieustanne pasmo prześladowań innych ludzi, głoszenie „ciemnoty”, walka z „nauką”, „postępem” itd. Kto słysząc dziś o Inkwizycji, Wyprawach Krzyżowych, czy Konkwiście nie poczuje się nieprzyjemnie i nie zacznie przepraszać, za – zazwyczaj wyssane z palca – grzechy swoich przodków w wierze? Tymczasem rzeczywistość jest bardzo odmienna od propagandy, którą stale serwują nam media, książki i tzw. „autorytety” a nawet (sic!) ludzie Kościoła. Święta Inkwizycja była bardzo dobrą i konieczną instytucją, która pomogła rozwinąć instytucje sądownictwa, ocaliła mnóstwo ludzi od śmierci, a przede wszystkim (i to powinno być dla nas najważniejsze) wiernie strzegła wiary katolickiej i apostolskiej. Wyprawy Krzyżowe swoje źródło miały w agresji… muzułmańskiej. Ich celem była obrona chrześcijan w Ziemi Świętej. Bez wątpienia nie jeden z uczestniczących w Krucjatach rycerzy dopuszczał się zła, czasem niechlubne incydenty miały charakter masowy. Czy oznacza to jednak, iż mamy się wstydzić za samą ideę Krucjat? Wydaje mi się, że nie. Ja w każdym razie nie zamierzam. Porównajmy, jak krwawo islam znaczył szlak swojej ekspansji. Konkwista: dzieło, które zdobyło dla Chrystusa miliony Indian. Kościół wspaniale rozwijał się na nowo odkrytych terenach, księża i zakonnicy bardzo poświęcali się dla miejscowej, często jeszcze nie dawno uczestniczącej w krwawych kultach, ludności. Świeccy przybywający do Ameryki nie zawsze mieli dobre intencje. Ale to właśnie Kościół bronił maluczkich i wstawiał się za nimi. Ciekawe, jak wyglądały by dzieje odkrywania i cywilizowania Nowego Świata, gdyby Kościół od początku nie był w nim obecny?

Proszę wybaczyć tę długą dygresję, ale myślę, że Polacy nie powinni być ignorantami w kwestii historii swojego Kościoła, a trzy powyższe kwestie to ciągły temat do oskarżeń.

Kończąc chciałem zauważyć, że religia katolicka nie jest – jak już dawno temu zauważył Roman Dmowski – dodatkiem do polskości. Nie jest także kulturową naleciałością, czy zbiorem zwyczajów przekazanych nam przez przodków, które mamy bezrefleksyjnie powtarzać gubiąc ich istotę. Katolicyzm to wiara, dla której musimy spalać się wewnętrznie. Ma ona przemieniać nasze życie, ubogacać je i zbliżać nas do Boga. Musimy walczyć z dziwnymi praktykami, które wymieniłem powyżej, a które spłycają naszą wiarę i narażają ją na erozję. Nie ulegajmy tłumom, nie wstydźmy się swojego „fanatyzmu”, inwestujmy w dobrą kulturę odrzucając antykatolickie gnioty, zadbajmy o katolicką formację dla siebie i naszych bliskich. Bądźmy „nietolerancyjni” wobec otaczającego nas zła. „Schodząc na ziemię” dodam za Sługą Bożym kardynałem Stefanem, Wyszyńskim, że: „albo Polska będzie katolicka, albo nie będzie jej wcale”.

Paweł Korzondkowski