wtorek, 21 kwietnia 2020

Karl Adam o drodze do odrodzenia Zachodu


Boskie życie, życie pełne łaski i prawdy zostało nam objawione i dane raz na zawsze w Chrystusie. I nie ma żadnego trwałego, owocnego życia, życia narodów i ludzi, które nie czerpałoby z tego Boskiego prażycia. Nie może nastąpić zjednoczenie Zachodu ani wspólnota dusz, jeśli motywy, tęsknoty i nadzieje ludzi nie będą pochodziły z tego boskiego źródła. Chrystus był i na zawsze pozostanie sercem ludzkości, jej prawdziwą i jedyną ojczyzną, gdzie jej dusza znajdzie odpocznienie. Taka jest nasza wiara: albo kultura Zachodu upadnie - a prorocy klęski są już wśród nas - albo odrodzi się w Tym, który jest naszym życiem. To życie Chrystusa może popłynąć jedynie przez Kościół, który Chrystus zbudował na Piotrze. Tylko temu Kościołowi złożono obietnicę, iż bramy piekielne go nie przemogą. On tylko posiada gwarancję trwałości, do niego tylko należy przyszłość. Tak jak Kościół, zachowując zwartą jedność i głosząc moc posłania Chrystusowego, dał wewnętrzną jedność i silną duszę średniowiecznemu światu narodów, jak zachował wzniosłość, czystość i wolność religii chrześcijańskiej w nieubłagalnej walce z prymitywnymi, pogańskimi instynktami i z wciąż odradzającym się dzikim imperializmem cesarzy, tak też obecnie tylko on jest w stanie wskazać - w sytuacji sporów, rozpadu i rozmycia wartości, zaskorupienia się Zachodu - ponownie jeden wzniosły cel i przywrócić Zachodowi twórcze i dynamiczne moce religijne, energię moralną i ożywiające napięcie. Tylko w Kościele na nowo mogą zostać zadzierzgnięte niegdyś zerwane nici z wielką, bogatą przeszłością, z której wyrosła nasza zachodnia cywilizacja. Czy patrzymy przed siebie, czy wstecz, widzimy, iż bez Kościoła Piotra nie będzie istniała wewnętrzna dynamiczna jedność i historia Zachodu urwie się. Zamiast niej pojawi się przypadkowe następstwo wydarzeń bez celu i sensu. Tak też dzieje się z każdym ciałem, z którego uchodzi dusza. My po prostu potrzebujemy tego Kościoła, aby móc żyć.            
Przyznaję, że wiele osób tak tego nie postrzega. I wina leży nie tylko po ich stronie. Gdy mroczne chmury przesądów i nieporozumień przysłaniają nam jasny obraz naszego Kościoła, także my, katolicy, musimy wyznać: Mea culpa, mea maxima culpa. Niestety za taki stan rzeczy winę ponoszą także sami katolicy: to nasze niedoskonałości, słabości i grzechy są źródłem, z którego w dużej mierze wypływają ciemne chmury i zakrywają oblicze Oblubienicy Chrystusa. Gdy Bóg dopuścił, by odłączyły się od nas znaczne części Kościoła, które zawierały w sobie pełnię najwartościowszych, najszlachetniejszych sił, to ukarał tym samym nie tylko tych, co się odłączyli, lecz również nas samych. Ta kara, to karzące dopuszczenie, tak jak każde inne dopuszczenie zła, ma stać się dla nas upomnieniem, wezwaniem do nawrócenia. To poważny nakaz: Czyńcie pokutę. Musimy w sobie, subiektywnie, ukształtować tego ducha Jezusa, który zyskał obiektywny kształt w Kościele. Jest to przede wszystkim duch miłości i braterstwa, wierności i prawdy. I wtedy niechybnie Bóg, choć stanie się to po długiej wędrówce, w której dusza Zachodu doznała kryzysu, łaskawie zezwoli, iż znowu się odnajdziemy, że wewnętrzna duchowa wspólnota z Jezusem stanie się też wspólnotą zewnętrzną, jedną jedyną trzodą z jednym, jedynym pasterzem. Wówczas to wypełni się modlitwa Jezusa, którą przed śmiercią skierował do Ojca: 
Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś ty mnie posłał (J 17, 20-21).

Cytat z książki Karla Adama pt. Natura katolicyzmu (tłum. Paweł Lisicki, Warszawa 1999, s. 91-91).
Karl Adam (1876-1966) był niemieckim teologiem i pisarzem katolickim.






     


czwartek, 17 maja 2018

Miasto


Szedłem wczesnym rankiem jedną z głównych ulic Warszawy. Jak to w „wielkim mieście” pędziło mnóstwo ludzi, jeździły samochody, było głośno i „światowo”. W pewnym momencie usłyszałem cichy śpiew ptaków. Przystanąłem i zacząłem wsłuchiwać się w ten dźwięk. Podejrzewam, że w pobliżu mało kto zwrócił na niego uwagę. Stałem tak przez chwilę, a następnie skręciłem w boczną ulicę i znalazłem się w dość ładnym miejscu, którego wcześniej nie widziałem. Ulice, którymi podążałem były prawie opustoszałe (a nadal byłem w centrum). Szedłem dalej i trafiłem do parku, w którym prawie nikogo nie było. A jednak prawdziwe życie było właśnie tu - z dala od miejskiego zgiełku, korporacyjnej gonitwy i dziennikarskiej pogoni za „newsami”.

P. K.




czwartek, 13 października 2016

Maurice Barrès o tym, czym jest nacjonalizm


Nacjonalizm, jak ja go rozumiem, to tradycja odnaleziona przez analizę własnego ja. (...) Żyję pośród zbiorowości starszej niż ja sam. Początkowo dumny ze swej wolności dochodzę jednak do przeświadczenia, że w ogromnej mierze zależę od tej ziemi i jej zmarłych, którzy przez tyle wieków przede mną tworzyli ją i kształtowali tak w rzeczach oczywistych, widzialnych, jak i w najsubtelniejszych imponderabiliach (...). Jesteśmy mimo naszej indywidualnej wolności tylko „dalszym ciągiem”. Człowiek wolny to w istocie nie ten, który zrywa z własną przeszłością i tradycją, ale ten, który uświadamia sobie pełnię swego zakorzenienia w rodzinie, w narodzie, w kulturze. (...)
Nacjonalizm jest rozwiązywaniem kwestii społecznych przez odnoszenie ich do konkretnego narodu, do jego żywotnych interesów (…). Nacjonalizm jest odczuciem odrębności i wyjątkowości jego kultury bez umniejszania odrębności i wyjątkowości kultur innych narodów. Nacjonalizm nie kieruje się przeciw innym narodom, kieruje się do wewnątrz własnego narodu  (…).



 Źródło: http://www.legitymizm.org/kto-sie-boi-nacjonalizmu

czwartek, 19 maja 2016

Kmicic przybywa na Jasną Górę


Od bramy fortecznej chłopi i szlachta, mieszczanie z różnych okolic, ludzie wszelkiego wieku, obojej płci i wszystkich stanów, czołgali się ku kościołowi na kolanach, śpiewając pieśni pobożne. Płynęła ta rzeka bardzo wolno i bieg jej zatrzymywał się co chwila, gdy ciała zbiły się zbyt ciasno. Chorągwie wiały nad nią nakształt tęczy. Chwilami pieśni milkły i tłumy poczynały odmawiać litanią, a wówczas grzmot słów rozlegał się z jednego końca w drugi. Między pieśnią a pieśnią, między litanią a litanią, tłumy milkły i biły czołem w ziemię lub rzucały się krzyżem; słychać było tylko głosy błagalne i przeraźliwe żebraków, którzy siedząc po dwóch brzegach rzeki ludzkiej, odsłaniali na widok publiczny swe skaleczałe członki. Wycie ich mieszało się z brzękiem grosiwa wrzucanego do blaszanych i drewnianych mis. I znowu rzeka głów toczyła się dalej i znowu brzmiały pieśni.
W miarę jak fala zbliżała się do drzwi kościoła, zapał wzrastał i zmieniał się w uniesienie. Widziałeś ręce wyciągnięte ku niebu, oczy wzniesione, twarze blade ze wzruszenia lub rozpalone modlitwą.
Różnice stanu znikły: chłopskie sukmany zmieszały się z kontuszami, żołnierskie kolety z żółtemi kapotami mieszczan.
We drzwiach kościoła ścisk powiększył się jeszcze. Ciała ludzkie utworzyły już nie rzekę, ale most, tak zbity, iż możnaby było przejść po głowach, ramionach, nie dotknąwszy stopą ziemi. Piersiom brakło oddechu, ciałom przestrzeni, lecz duch, który je ożywiał, dawał im żelazną odporność. Każdy się modlił, nikt nie myślał o niczem innem; każdy dźwigał na sobie tłok i ciężar całej tej masy, lecz nikt nie upadał i popychany przez tysiące, czuł w sobie siłę za tysiąc i z tą siłą parł naprzód, pogrążon w modlitwie, w upojeniu, w egzaltacyi.
 Kmicic, czołgający się ze swymi ludźmi w pierwszych szeregach, dostał się wraz z pierwszymi do kościoła, potem prąd wniósł go do cudownej kaplicy, gdzie tłumy rzuciły się na twarz, płacząc, obejmując rękoma posadzkę i całując ją z uniesieniem. Tak czynił i pan Andrzej, a gdy wreszcie ośmielił się podnieść głowę, uczucie rozkoszy, szczęścia i zarazem śmiertelnej obawy, odjęło mu prawie przytomność.
 W kaplicy panował mrok czerwony, którego nie rozpraszały zupełnie płomyki świec, jarzących się przed ołtarzem. Barwne światła wpadały także przez szyby i wszystkie cne blaski czerwone, fioletowe, złote, ogniste, drgały na ścianach, ślizgały się po rzeźbach, załamaniach, przedzierały się w zaciemnione głębie, wydobywając na jaw jakieś niewyraźne przedmioty, pogrążone jakoby we śnie. Tajemnicze połyski rozbiegały się i skupiały z mrokiem tak nieznacznie, że nikła wszelka różnica między światłem a cieniem. Świece na ołtarzu miały glorye złote. Dymy z kadzielnic tworzyły mgłę purpurową; biały ornat zakonnika, odprawiającego ofiarę, grał przyćmionemi kolorami tęczy. Wszystko tu było pół widne, pół przesłonięte, nieziemskie: blaski nieziemskie, mroki nieziemskie — tajemnicze, uroczyste, błogosławione, przepełnione modlitwą, adoracyą. świętością...
 Z głównej nawy kościoła dochodził szum zmieszany głosów ludzkich, jak ogromny szum morza, a tu panowała cisza głęboka, przerywana tylko głosem zakonnika, śpiewającego wotywę.
 Obraz jeszcze był przysłonięty, więc oczekiwanie tłumiło dech w piersiach. Widać tylko było oczy wpatrzone w jednę stronę, nieruchome twarze, jakoby już z ziemskiem życiem rozbratane, ręce złożone przed ustami, jak u aniołów na obrazach.
 Śpiewowi zakonnika wtórowały organy, wydając tony łagodne a słodkie, płynące jakoby z fletni zaziemskich. Chwilami zdawały się one sączyć jak woda w źródle, to znów padały ciche a gęste, jak rzęsisty deszcz majowy.
 Wtem huknął grzmot trąb i kotłów — dreszcz przebiegł serca.
 Zasłona obrazu rozsunęła się w dwie strony i potok brylantowego światła lunął z góry na pobożnych.
 Jęki, płacz i krzyki rozległy się w kaplicy.
 „Salve Regina! — zawrzasła szlachta — monstra te esse matrem!“ — a chłopi wołali: „Panienko Najświętsza! Panno złota! Królowo anielska! ratuj, wspomóż, pociesz, zmiłuj się nad nami!“
 I długo brzmiały te krzyki wraz ze szlochaniem niewiast, ze skargami nieszczęśliwych, z prośbami o cud chorych lub kalek.
 Z Kmicica dusza nieomal wyszła; czuł tylko, że ma przed sobą niezmierność, której nie pojmie i nie ogarnie, a wobec której wszystko niknie. Czemże były zwątpienia wobec tej ufności, której cała istność nie mogła pomieścić; czem niedola wobec tej pociechy; czem potęga szwedzka wobec takiej obrony; czem ludzka złość wobec takiego patronatu?...
 Tu myśli w nim ustały i zmieniły się w czucia same; zapomniał się, zapamiętał, przestał rozeznawać kim jest, gdzie jest... Zdawało mu się, że umarł, że dusza jego leci z głosami organów, miesza się z dymami kadzielnic; ręce, przywykłe do miecza i rozlewu krwi, wyciągnął do góry i klęczał w upojeniu, w zachwycie.
 Tymczasem ofiara kończyła się. Pan Andrzej sam nie wiedział, jakim sposobem znalazł się wreszcie znowu w głównej nawie kościelnej. Ksiądz prawił naukę z kazalnicy, ale Kmicic długo jeszcze nic nie słyszał, nic nie rozumiał, jak człowiek zbudzony ze snu nie odrazu miarkuje, gdzie kończy się sen a rozpoczyna jawa.
Pierwsze słowa, jakie usłyszał, były: „Tu się odmienią serca i dusze naprawią, ani bowiem Szwed mocy tej nie zmoże, ani w ciemnościach brodzący prawdziwego światła nie zwyciężą!“
 — Amen! — rzekł w duchu Kmicic i począł się bić w piersi, bo mu się teraz zdawało, że grzeszył ciężko, sądząc, że już wszystko przepadło i że znikąd niemasz nadziei.

- H. Sienkiewicz, Potop (źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Potop_%28Sienkiewicz%29/Tom_III/Rozdzia%C5%82_XII).

piątek, 15 kwietnia 2016

George Sim Johnston o "owocach" darwinizmu


Platonowi i Arystotelesowi (...) nawet się nie śniło, by nauki przyrodnicze uzurpowały sobie rolę mądrości. Jednak do tego właśnie doszło. Przez stulecia nauczyliśmy się, że na główne filozoficzne pytania można odpowiadać w sposób "naukowy". Zapomnieliśmy jednak, że chociaż nauki szczegółowe mogą dochodzić do wielu cennych, ilościowych sądów o rzeczywistości materialnej, to żadna z nich nie może jej wyjaśnić. W kompetencji nauk przyrodniczych nie leży bowiem ani roztrząsanie problemu powstania Wszechświata, ani wyjaśnienie dlaczego coś jest czymś, a nie niczym. Jednak człowiek współczesny nie akceptuje odpowiedzi na takie pytania, jeśli nie będzie ona podana w naukowym opakowaniu. To absolutyzowanie metod przyrodoznawstwa szkodzi zarówno nauce, jak i filozofii. Jak to ujmuje Stanley Jaki "kiedy traktujemy naukę przyrodniczą jako klucz do rzeczywistości, wyrodnieje ona w gnozę, a filozofia staje się upiorem". Naukowcy, którzy uprawiają filozofię w przebraniu nauki, szkodzą zarówno nauce, jak i filozofii.

W zachodnim świecie, za sprawą Darwina, metafizyka została wyrzucona na śmietnik. Jeśli człowiek jest jedynie przypadkowym, kłębiącym się zbiorem atomów, wytworem bezrozumnych procesów, które nie mają żadnego celu, to główne filozoficzne kwestie w rodzaju: "Skąd się tutaj wzięliśmy?" czy "Dokąd zmierzamy?" są zupełnie chybione. Podobnie nie ma sensu zastanawiać się, dlaczego powinniśmy się trzymać jakiegoś prawa moralnego. W 1920 roku Dewey napisał z uznaniem, że po Darwinie "filozofia wyrzekła się dociekania początków i spraw ostatecznych". Dewey, opierając się na tradycji amerykańskiego pragmatyzmu, interesował się tym, co jest skuteczne, a nie tym, co jest prawdziwe. Pragmatyzm leży u podstaw amerykańskiej normy filozoficznej. Wytworzył on społeczeństwo, w którym wszystko dzieje się dzięki cudownym gadżetom - i nie można tego lekceważyć. Jednakże jest to społeczeństwo niedojrzałe, ponieważ ważne prawdy zostały odsunięte na margines.

- G. Sim Johnston, "Czy Darwin miał rację? Katolicy a teoria ewolucji", Kraków 2005, s. 104-105.


Chesterton o potędze gotyku


Jaka dusza kryje się w katedralnych kamieniach? (…) Co w nich jest takiego, co koi i przenika dreszczem człowieka naszej krwi i kultury, a czego nie ma w egipskich piramidach, ani w hinduskich świątyniach, ani w chińskich pagodach? (…) Otóż, po pierwsze, gotyk żyje, a po drugie – jest w marszu. To Kościół Wojujący; to jedyna walcząca architektura. Wszystkie jego wieże to zastygłe w spoczynku groty włóczni. Wszystkie jego kamienie – to uśpione kamienie do katapulty. Mógłbym niemal słyszeć, jak łuki sklepienia krzyżują się z metalicznym szczękiem, niczym miecze. (…) A barwne postacie świętych, maszerujących w nieskończoność na szeregach przepysznych okien, mogłyby nieść swe aureole jak pochodnie przez mroczne lądy i dalekie morza.

- G. K. Chesterton, Idee Ewangelii, Szczecinek 2003, s. 82.

(Na zdjęciu kościół świętej Barbary w miejscowości Kutná Hora w Republice Czeskiej)


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Warty uwagi cytat z "Robotnika" Jüngera



Żyjemy w sytuacji, w której ani praca, ani posiadanie, ani majątek nie przynoszą zysków, a dochód zmniejsza się proporcjonalnie do obrotu. Świadczy o tym pogarszanie się sytuacji życiowej robotnika, coraz szybsze rozpraszanie się majątków, nietrwałość własności, zwłaszcza własności ziemskiej, wreszcie nietrwałość środków produkcji. Produkcja nie wykazuje stabilności, toteż niepodobna jej zaplanować na dłuższy okres. Wszelki zysk pochłania wciąż powracająca konieczność większego przyspieszenia. Nieograniczona konkurencja obciąża bez różnicy producenta i konsumenta – jako przykład podajmy reklamę, która rozwinęła się w coś na kształt fajerwerku, pochłaniającego ogromne sumy, których pokrycie należy do nas wszystkich. Trzeba też wspomnieć o kompletnie nieukierunkowanym wzbudzaniu potrzeb, rosnących wygodach, bez których człowiek we własnym mniemaniu nie byłby już w stanie egzystować, a które zwiększają tylko rozmiary jego zależności i jego zobowiązań. Same te potrzeby z kolei są tyleż różnorodne, co zmienne – coraz mniej rzeczy kupuje się na całe życie. Zdaje się zanikać wszelki zmysł trwania, ucieleśniający się zwykle w posiadaniu nieruchomości, w przeciwnym wypadku trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego na zakup samochodu, trwałego zaledwie przez kilka lat, przeznacza się sumy wystarczające na wiejską posiadłość lub winnicę. Wraz z inwazją towarów, wytwarzanych na skutek gorączkowej konkurencji, mnożą się nieuchronnie kanały, którymi odsysany jest pieniądz. Ta mobilizacja pieniądza wytwarza system kredytowy obejmujący nawet grosiki. Zaistniała więc sytuacja, w której dosłownie żyje się na raty, to znaczy w których egzystencja ekonomiczna jawi się jako nieustanna spłata kredytów płacą, już z góry nimi obciążoną. Zjawisko to odzwierciedlają w ogromnej skali długi wojenne, w ramach których skomplikowane mechanizmy finansowe skrywają w istocie konfiskatę energii potencjalnej, oprocentowanie niewyobrażalnych łupów dzięki wykorzystaniu siły roboczej; a proces ten sięga w głąb prywatnych egzystencji. Należy też wspomnieć o tendencji do nadawania własności form coraz mniej zwartych i odpornych. Chodzi tu o przemianę resztek własności feudalnej we własność prywatną, o sposób, w jaki indywidualne i społeczne oszczędności zastępuje się płatnościami ubezpieczeniowymi, a przede wszystkim o rozmaite ataki na rolę złota jako symbolu wartości. Dochodzą do tego formy opodatkowania, nadające własności swego rodzaju charakter administracyjny. Tak oto po wojnie właściciel domu staje się poniekąd poborcą podatkowym na rzecz programów budowlanych. Tym atakom cząstkowym odpowiadają całościowe inwazje na ostatnie zakątki ekonomicznego bezpieczeństwa w postaci inflacji i katastrofalnych kryzysów. Sytuacja ta nie podlega żadnej ekonomicznej regulacji już choćby z tego powodu, że władają nią prawa odmienne od gospodarczych. Wstąpiliśmy w fazę, w której wydatki są większe od dochodów i w której widać bardzo wyraźnie, że technika to nie zagadnienie ekonomiczne, podobnie jak robotnika nie sposób pojmować w kategoriach gospodarczych.

- E. Jünger, “Robotnik”, 1932



niedziela, 3 stycznia 2016

Amintore Fanfani o komunizmie jako najwyższym stadium rozwoju kapitalizmu


Może to zabrzmieć jak paradoks, ale najbardziej perfekcyjne zasady ustroju kapitalistycznego zostały urzeczywistnione w systemie sowieckim, w którym wszystkie prywatne i społeczne wysiłki zostały skierowane na jeden cel: ekonomiczną racjonalizację wszystkich sfer życia. Aż do likwidacji prywatnej własności i rodziny, a także zniszczenia wszelkich ideałów religijnych, które mogłyby zagrozić takiej racjonalizacji.

Rosja przeprowadziła kapitalistyczny eksperyment społeczny do punktu krańcowego. Bolszewicy przejęli kapitalistyczny ideał ekonomicznej racjonalizacji życia, zastępując jednak jednostkę i jej egoistyczne dążenia - abstrakcyjnym kolektywem, ludzkością. Spostrzegli bowiem, że ostateczną przeszkodą na drodze racjonalizacji jest sam jej podmiot - człowiek. Ażeby tę przeszkodę usunąć, dokonali prostego zabiegu - rolę wykonawcy i beneficjenta przemian ekonomicznych przenieśli z jednostki, posługującej się państwem, jako narzędziem - na to właśnie państwo. Człowiek stał się narzędziem państwa. Z podmiotu przemian stał się przedmiotem.

Te rozważania pozwalają nam zrozumieć istotę systemu komunistycznego i odsłaniają głupotę tych, którzy widzą w komunizmie antytezę kapitalizmu, podczas gdy jest on po prostu jego ukoronowaniem - najwyższym stadium rozwoju.

-A. Fanfani, "Komunizm i kapitalizm przeciwko katolickiej koncepcji państwa", "Szczerbiec", nr 150 (2014), s. 36.


wtorek, 3 listopada 2015

Stefan Kisielewski (1911-1991) o posoborowej rewolucji


W Pałacu Prymasa była narada na temat muzyki i śpiewu w liturgii. Smutne to, bo widać, jak niszczą wszelką tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli chorał gregoriański, wycofując łacinę, zniszczyli stary kościelny folklor, wprowadzili za to cukierkowe pieśni bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity. Modernizacja Kościoła, mająca na celu jego większą powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on od mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi.

poniedziałek, 26 października 2015

Dom Gérard Calvet (1927-2008) o początkach Christianitas


Aby Kościół mógł istnieć, nie potrzeba mu wielkich przestrzeni. Korzysta on z tak wielkiej i intensywnej mocy duchowego uświęcenia, że może w pełni się realizować już w niewielkiej substancji, na przykład w śpiącym w kołysce ochrzczonym dziecku. Był taki czas, kiedy cały Kościół był skupiony w piętnastoletniej dziewicy noszącej Słowo pod sercem. Jednak ustanowienie posad Chrześcijaństwa* wymagać będzie terytorium, rasy ludzi, zarysu organizacji społecznej, trzeba będzie, aby Bóg skierował swój wzrok na tę właśnie cząstkę ludzkości, od dawna przygotowywaną przez łaskę, przez wieki wysiłków i walki, uświęconą krwią męczenników. Potrzebna wreszcie będzie obecność Kościoła misyjnego i sakramentalnego oraz ludzi o nieustraszonej wierze, gotowych głosić Ewangelię Królestwa. Kiedy krew męczenników dostatecznie już zrosi ziemię, a strumień sakramentów nawodni kanały państwa, Chrześcjaństwo* zaczyna wypuszczać pędy i rozkwita delikatny kwiat, któremu, zaledwie rozwinie się z pąka, grozi zniszczenie. Stopniowo krzepną chrześcijańskie obyczaje, nie bez domieszki zwyczajów pogańskich. Żeby zrozumieć tę rodzącą się społeczność, która nie oswobodziła się jeszcze w pełni z pozostałości dawnych kultów: bożków, świętych źródeł, przesileń słońca, świątyń, swoich lęków, powinniśmy - nie tracąc wszelako z oczu głębi Boga - przenieść wzrok nieco bliżej ziemi, do ubogich rzeczywistości dnia powszedniego: domów, pól, codziennej pracy. Trzeba spojrzeć jeszcze niżej: na historię człowieczą zmieszaną z błotem i krwią, na splątanie natury i łaski, na ludzi z trudem podporządkowujących się przykazaniom Boga i Kościoła. Wszak nikt nie każe nam wierzyć, że wojownicy frankofońscy ochrzczeni wraz z Chlodwigiem w noc Bożego Narodzenia 496 roku powrócili do swych domów nagle przemienieni w idealnych ojców rodzin. Zadziałała jednak zasada zbieżności: czyste serca, oświecone wiarą, powołają takie instytucje, w których łaska będzie swobodnie działać. Zatem dzięki Kościołowi życie Boże łatwiej przepływa kanałami państwa doczesnego. Niebo dotyka ziemi, powoli, bardzo powoli ziemskie ojczyzny poznają swe nadprzyrodzone przeznaczanie: uczestniczymy w narodzinach świata chrześcijańskiego

- G. Calvet, "Jutro Chrześcijaństwa", tł. E Waliszewska, Poznań 2001, s. 30-31.

* Chrześcijaństwo w tym wypadku oznacza Christianitas - cywilizację zrodzoną na gruncie religii Chrystusowej.

Św. Grzegorz Wielki o roztropnym postępowaniu względem pogan


Nie burzcie pogańskich świątyń lecz je konsekrujcie; ustawiajcie w nich ołtarze i umieszczajcie relikwie. Tam, gdzie ludność ma zwyczaj składać ofiary demonowi lub swoim bożkom, gódźcie się na obchodzenie tego samego dnia uroczystości chrześcijańskich, wszelako w innej formie. Na przykład w dniu świętych męczenników każcie wiernym wznieść szałasy z gałęzi i zorganizować agapę. Zgoda na uzewnętrznienie radości pozwoli łatwiej osiągnąć radość wewnętrzną. Nie wolno od razu wyrzucać całej przeszłości z ich dzikich serc: szczytów nie zdobywa się podskakując, lecz stąpając powoli!

(cyt. za: G. Calvet, "Jutro Chrześcijaństwa", tł. E Waliszewska, Poznań 2001, s. 33).

czwartek, 24 września 2015

Opinia Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego na temat przyczyn słabości Rzeczypospolitej


Książe poglądał ze smutkiem przez tafle karety na owe tłumy rycerstwa, żołnierzy i szlachty, na te bogactwa i przepych ubiorów myśląc, jaką by siłę można z nich utworzyć - ile wojska wystawić! Czemu to ta Rzeczpospolita, taka silna, ludna i bogata, dzielnym rycerstwem przepełniona, jest zarazem tak mdła, że sobie z jednym Chmielnickim i z dziczą tatarską poradzić nie umie? Czemu? Na krocie Chmielnickiego można by krociami odpowiedzieć, gdyby owa szlachta, owo żołnierstwo, owe bogactwa i dostatki, owe pułki i chorągwie chciały tak rzeczy publicznej służyć, jako prywacie służyły. "Cnota w Rzeczypospolitej ginie! - myślał książę. - I wielkie ciało psuć się poczyna; męstwo dawne ginie i w słodkich wczasach, nie w trudach wojennych kocha się wojsko i szlachta!"

H. Sienkiewicz, "Ogniem i mieczem", t. 2, Kraków 2015, s. 111 (rdz. 10).


piątek, 24 lipca 2015

Kilka słów o kondycji duchowej polskich katolików

Zabierając się do pisania poniższego tekstu nie zamierzam w sposób wyczerpujący omówić problematyki zasygnalizowanej w tytule, nie uważam także, iż moje obserwacje są nieomylne. Pragnę tylko podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat duchowej kondycji Polaków, które wyprowadzam przede wszystkim z obserwacji poczynionych w ostatnich latach w kilku parafiach (miejskich i wiejskich).

Po pierwsze: upadek szacunku do świętości. Zaczynając od spraw najbardziej zasadniczych i bolesnych: coraz więcej osób lekceważy rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Objawia się to przystępowaniem do Komunii świętej w postawie stojącej, ignorując nawet przyklęknięcie przed komunikowaniem, jak i w coraz częstszym unikaniu postawy klęczącej w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu. Nierzadko także można obserwować katolików, którzy przechodząc w pobliżu tabernakulum „zapominają” o przyklęknięciu przed Królem. Smutno to przyznać, ale wydaje się, że na te zachowania niemały wpływ mają sami księża, od biskupów po wikarych. Współczesna architektura sakralna, odprawianie Mszy św. „twarzą do ludu”, nastawienie na względy „praktyczne” i szybkość (co ma uzasadniać komunikowanie na stojąco), a także odrzucenie innych zewnętrznych form czci sprzyja takim zachowaniom. Czy jednak lud prawdziwie pobożny i gorliwy mógłby tak łatwo „wyprzeć” jeszcze do niedawna oczywiste dla wszystkich „zwyczaje”, które należy zachować będąc w kościele? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Kwestia ta jednak wymaga solidnego rozpatrzenia.

Upadek czci wiąże się także z lekceważącym podejściem do ubioru „niedzielnego” i zachowania w samym kościele. W moim kościele parafialnym czymś normalnym stało się chodzenie na Mszę świętą w stroju, który równie dobrze można ubrać idąc pograć w piłkę na boisku lub modnego klubu na dyskotekę. Zachowania te doskonale obrazują zagubienie sensus catholicus i na pewno nie możemy na nie pozwalać. Alice von Hildebrand zauważyła:
Jak możemy dzielić się chwalebnymi prawdami katolickiej wiary z innymi, jeśli te prawdy nie wpływają na nasze zachowanie? Dzieje się tak zwłaszcza w bezpośredniej obecności Najwyższego Pana Wszechświata, który raczy mieszkać w naszych tabernakulach. Niemożliwe jest, aby żyd czy protestant uwierzył w Rzeczywistą Obecność, kiedy wchodzi do kościoła wypełnionego katolikami gadającymi i żartującymi jak gdyby byli w restauracji, albo ubranymi jak gdyby jechali na biwak. Skoro Bóg jest faktycznie obecny w naszych kościołach, musimy się zachowywać odpowiednio


Inna, bardzo rzucająca się w oczy kwestia to sprawa piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych i postu w ogóle. Widok katolika jedzącego mięso w piątek jest czymś normalnym. Myślę, że gdyby przeprowadzić badanie, mające wykazać, czy obroty różnorakich barów szybkiej obsługi nastawionych przede wszystkim na sprzedaż dań mięsnych spadają w piątek moglibyśmy zauważyć, że są one praktycznie takie same jak w inne dni. Podobnie z postem rozumianym jako wstrzymywanie się od zabaw hucznych. Piątkowe dyskoteki i inne zabawy (studniówki, bale, komersy itp.) to „normalka” dla polskich katolików. Zwyczaj robienia mocnych postanowień na Wielki Post powoli także obchodzi w niebyt. Niestety, tutaj, podobnie jak w kwestii czci dla Najświętszego Sakramentu sporo winy wydaje się być po stronie hierarchii (aczkolwiek mniej niż w tej pierwszej kwestii). Nie mało zamieszania w tej materii narobiła zmiana przykazań kościelnych. Tak naprawdę trudno powiedzieć, czy obecnie katolik może, czy też nie może „bawić” się w piątki. Ja sam, mimo iż jestem magistrem teologii spotkałem się z różnymi opiniami w tym temacie i nie wiem, które są prawidłowe, a które nie. Ze względu na zamieszanie, i szacunek dla Tradycji uważam jednak, że w tej materii należy się trzymać starego prawa. Katolik nie umiejący pościć to taki sam absurd jak np. samochód bez kierownicy. Popatrzmy na muzułmanów, przez długi okres ramadanu (30 dni) nie jedzą nic od świtu do zmierzchu, a jeszcze nie słyszałem, żeby któryś z nich uznał, iż jego religia „za dużo od niego wymaga”. Podobnie prawosławni, u których Wielki Post nadal jest okresem intensywnej pracy nad sobą. Niestety, większość naszych współwyznawców ma nie tylko problem z co piątkową wstrzemięźliwością, ale nawet dwa razy do roku, w Wielki Piątek i Środę Popielcową nie zachowuje, ścisłego postu (JEDEN posiłek do syta i EWENTUALNIE trochę pokarmu rano i wieczorem). Wypadałoby dodać, że spora część rzymskich katolików nie rozumie, czym ten ŚCISŁY post różni się od co piątkowego…

Jak mamy walczyć ze światem, jak mamy się opierać pokusom, które atakują nas z każdej strony, kiedy nie potrafimy zapanować nad swoim apetytem i chęcią „zabawy”?

Sprawa stosunków damsko-męskich: konkubinat, rozwody, stosunki przedmałżeńskie, antykoncepcja itp. Jeszcze kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat temu dwoje młodych (lub nie młodych) ludzi mieszkających ze sobą przed ślubem, czy nawet śpiących od czasu do czasu pod jednym dachem, wywoływało zgorszenie i komentarze. Aktualnie jest to normalne, a powiedzenie, iż nie „spało” się ze swoją żoną przed ślubem wywołuje zdziwienie i śmiech u – przecież zazwyczaj ochrzczonych i wychowanych po katolicku – młodych Polaków. Rozwody traktuje się jako rzecz najzwyklejszą w świecie, w wielu przypadkach mającą – podobno – przynosić ulgę rozwodzącym się osobom. ”Opinia publiczna” zgodnie twierdzi, że przecież Kościół co prawda się nie zgadza, ale „życie jest życiem”, „tak wyszło”, „lepiej dla wszystkich, żeby się rozeszli, a nie męczyli ze sobą”. Strach pomyśleć, co by było, gdyby taka mentalność panowała w czasach naszych dziadków… Ciekawe, jak wielu z nas miałoby łaskę być wychowywanym w normalnej rodzinie? Pomyślmy, jaki los taka mentalność szykuje naszym dzieciom i wnukom. Czy rozwód jest rozwiązaniem? W żadnym wypadku. Skrajne przypadki (mąż bijący żonę i dzieci itp.) można rozwiązać separacją. Nasze babki i dziadkowie także miewali różne chwile w małżeńskim pożyciu. Kłócili się, obrażali. A później godzili i jakoś nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich żałował, że kilkadziesiąt lat temu „nie rozwiązał problemu” i „w przyjaźni” rozszedł się ze współmałżonkiem. Zresztą, abstrahując od argumentów „ludzkich” pamiętajmy, że w Obliczu Boga małżonkowie przysięgają sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. A Boga nie można lekceważyć.

Co smutne, dobra akcja billboardowa mająca przypomnieć Polakom, że „konkubinat to grzech” jest torpedowana przez bardzo aktywnych, publicystów i blogerów, rozpaczających, iż zamiast pokazać piękno małżeństwa promuje się przekaz „negatywny”. Moim zdaniem ci wszyscy krytycy nie rozumieją jednego: jesteśmy jak osioł stojący nad przepaścią. Mówienie, iż z drugiej strony jest piękna, zielona trawka może nie wystarczyć, aby zawrócić to zwierze ze złej drogi. Koniecznym jest ostrzeżenie, że trwanie w tym stanie dalej może skończyć się śmiercią. Najgorszą jaka istnieje, bo duchową, skazującą na wieczne potępienie.

Wiedza religijna i świadomość wyjątkowości własnej religii. „Bombardowanie” hasłami o tolerancji, konieczności szacunku dla odmienności, „wyborów” każdego człowieka itp. zaowocowało przekonaniem niemałej części katolików, iż „wszystkie religie są dobre”, „każdy ma swoją drogę do Boga”, „nikogo nie powinniśmy nawracać”. Przymus w kwestii religii nie jest rzeczą dobrą. Nie oznacza to jednak, że dobrym jest stawianie na równi rozmaitych fałszywych kultów lub wyznań powstałych na drodze odstępstwa na równi z prawdziwą, dającą zbawienia, świętą wiarą katolicką. Jeśli ktoś nadal wątpi w prawdziwość i wyjątkowość naszej religii to polecam zapoznać się z klasycznymi dziełami apologetycznymi.

Propaganda masońsko-żydowsko-protestancko-komunistyczna zdołała dokonać rzeczy niesamowitej: przekonała miliony katolików, że dzieje ich Kościoła to nieustanne pasmo prześladowań innych ludzi, głoszenie „ciemnoty”, walka z „nauką”, „postępem” itd. Kto słysząc dziś o Inkwizycji, Wyprawach Krzyżowych, czy Konkwiście nie poczuje się nieprzyjemnie i nie zacznie przepraszać, za – zazwyczaj wyssane z palca – grzechy swoich przodków w wierze? Tymczasem rzeczywistość jest bardzo odmienna od propagandy, którą stale serwują nam media, książki i tzw. „autorytety” a nawet (sic!) ludzie Kościoła. Święta Inkwizycja była bardzo dobrą i konieczną instytucją, która pomogła rozwinąć instytucje sądownictwa, ocaliła mnóstwo ludzi od śmierci, a przede wszystkim (i to powinno być dla nas najważniejsze) wiernie strzegła wiary katolickiej i apostolskiej. Wyprawy Krzyżowe swoje źródło miały w agresji… muzułmańskiej. Ich celem była obrona chrześcijan w Ziemi Świętej. Bez wątpienia nie jeden z uczestniczących w Krucjatach rycerzy dopuszczał się zła, czasem niechlubne incydenty miały charakter masowy. Czy oznacza to jednak, iż mamy się wstydzić za samą ideę Krucjat? Wydaje mi się, że nie. Ja w każdym razie nie zamierzam. Porównajmy, jak krwawo islam znaczył szlak swojej ekspansji. Konkwista: dzieło, które zdobyło dla Chrystusa miliony Indian. Kościół wspaniale rozwijał się na nowo odkrytych terenach, księża i zakonnicy bardzo poświęcali się dla miejscowej, często jeszcze nie dawno uczestniczącej w krwawych kultach, ludności. Świeccy przybywający do Ameryki nie zawsze mieli dobre intencje. Ale to właśnie Kościół bronił maluczkich i wstawiał się za nimi. Ciekawe, jak wyglądały by dzieje odkrywania i cywilizowania Nowego Świata, gdyby Kościół od początku nie był w nim obecny?

Proszę wybaczyć tę długą dygresję, ale myślę, że Polacy nie powinni być ignorantami w kwestii historii swojego Kościoła, a trzy powyższe kwestie to ciągły temat do oskarżeń.

Kończąc chciałem zauważyć, że religia katolicka nie jest – jak już dawno temu zauważył Roman Dmowski – dodatkiem do polskości. Nie jest także kulturową naleciałością, czy zbiorem zwyczajów przekazanych nam przez przodków, które mamy bezrefleksyjnie powtarzać gubiąc ich istotę. Katolicyzm to wiara, dla której musimy spalać się wewnętrznie. Ma ona przemieniać nasze życie, ubogacać je i zbliżać nas do Boga. Musimy walczyć z dziwnymi praktykami, które wymieniłem powyżej, a które spłycają naszą wiarę i narażają ją na erozję. Nie ulegajmy tłumom, nie wstydźmy się swojego „fanatyzmu”, inwestujmy w dobrą kulturę odrzucając antykatolickie gnioty, zadbajmy o katolicką formację dla siebie i naszych bliskich. Bądźmy „nietolerancyjni” wobec otaczającego nas zła. „Schodząc na ziemię” dodam za Sługą Bożym kardynałem Stefanem, Wyszyńskim, że: „albo Polska będzie katolicka, albo nie będzie jej wcale”.

Paweł Korzondkowski

Co robić i po co robić?

Что делать? Pytał 112. lat temu "towarzysz" Lenin. Na początku trzeciego Tysiąclecia te same pytanie zadajemy sobie my, tradycjonalistyczni narodowcy z Południa Polski. Zanim odpowiem na pytanie „co robić?”, postaram się napisać parę słów o tym, po co to wszystko „robić”.

Przyszło nam żyć w dziwnym świecie. Z jednej strony totalnie zdegenerowanym i zniszczonym przez ogrom rewolucji (przede wszystkim: r. nominalistyczną, protestancką, francuską, bolszewicką, seksualną, genderową) z drugiej pełnym ludzi, nadal myślących w „starym”, zdrowym stylu. Faktem jest istnienie mrocznych sił próbujących wyplenić ostatnie resztki Ładu w świecie i ludzkich duszach; faktem także jest, iż działanie te napotykają na silny opór. Ludzie „staroświeccy” nie chcą poddać się duchowi czasu, mimo to ten „duch” zdaje się być silniejszy od nich. Spora część naszych rodaków jest obojętna na wszelakie „spory światopoglądowe” zajmuje się różnymi wysokodochodowymi zajęciami (tzw. interesami), robieniem kariery i wiciem sobie wygodnego gniazdka „na tym łez padole”, jeszcze większa liczba Polaków ledwo wiążąc koniec z końcem, pracuje całymi dniami nierzadko na dwa etaty, a i tak nie jest w stanie nic odłożyć i zapewnić sobie solidnej bazy materialnej (choćby własnego mieszkania). Przyrost naturalny jest niski, odchodzenie od religii i narodowych tradycji staje się faktem, rozbicie więzi społecznych postępuje.

Pomimo tych faktów pragniemy innego świata, a przede wszystkim innej Polski. Chcemy żyć w kraju, w którym szanuje się własną historię, wspomina wielkie zwycięstwa (a nie tylko klęski!), pamięta o pradawnych tradycjach i zwyczajach. Chcemy państwa, które broni narodu przed różnymi wyzyskiwaczami, pozwala im rozwijać swoje talenty i uczciwie zarabiać pieniądze. Państwo, o które walczymy faworyzuje (tak, faworyzuje) rodzimych przedsiębiorców, ostrożnie zezwalając na działalność obcych podmiotów gospodarczych (szczególnie ogromnych korporacji), rozwija swój przemysł i nowoczesne technologie. Dba o obronność, zawiera mądre sojusze międzynarodowe. Potrzebujemy czystej przyrody, kwitnącego rolnictwa i zdrowej żywności. Nie ma miejsca na podziały między „Polską A” a „Polską B”; faworyzowania miast kosztem wsi, zgody na wyludnianie i upadek mniejszych miejscowości i wiosek. Pragniemy silnego, stanowczego i wpływowego Kościoła.

Wszystko, o czym wspomniałem powyżej zawiera się w trzech słowach: Tradycja – Region – Solidaryzm.

Aby urzeczywistnić te trzy słowa musimy:

- czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Kształcić się, organizować rozmaite prelekcje, spotkania, dyskusje. Pisać artykuły, książki i polemiki. Odkłamywać historię, przekazywać prawdę. Edukować, przede wszystkim młode pokolenia (od siebie samych zaczynając);

- poznawać swoje otoczenie, piękno przyrody, zabytki, a nawet własną genealogię. Musimy się „zakorzenić”, nie możemy być „nomadami” niezakotwiczonymi w swojej małej ojczyźnie. Górskie rajdy, przechadzki po okolicy, czy obozy survivalowe – tego potrzebujemy;

-organizować różne akcje w obronie likwidowanych zakładów, niszczonych przedsiębiorców, wyzyskiwanych pracowników, oszukanych najemców, niesłusznie eksmitowanych lokatorów. Musimy protestować przeciwko złym działaniom władz;

- bardzo ważne jest, abyśmy wreszcie stali się obecni w realnych strukturach władzy (samorządach, administracji itd.), nie chodzi o wchodzenie do partii i przyjmowanie demoliberalnej strategii. Musimy po prostu przejąć państwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Warto skoncentrować się na resortach siłowych: policji i wojsku. Bez realnej obecności w służbach mundurowych nasza praca będzie bardzo utrudniona. Nie walczymy z państwem, walczymy o państwo;

-walczyć z propagowaniem różnych chorych idei. Nie możemy pozwalać na wchodzenie do szkół rozmaitych „seksedukatorów”, propagatorów genderyzmu, „tolerancji” itp. Dobre by było, aby sporo z nas stało się nauczycielami i propagowało prawą wizję świata wśród młodego pokolenia;

- nie możemy pozwolić na uczynienie z Polski multikulturowego „raju” w styli zachodnim. Nie chodzi o to, żeby w jakikolwiek sposób prześladować obecnych już u nas emigrantów, bądź wygłaszać peany o rzekomej wyższości rasy białej nad „brudasami”. Każda rasa i kultura ma swoją wartość. Nie oznacza to jednak, iż zupełnie inne kultury należy ze sobą mieszać. Etnopluralizm i tożsamościowość naszą drogą. Multi-kulti – stanowczo nie;

-dbać o osobiste uświęcenie – bez współpracy z łaską Bożą nic nie osiągniemy.

Naszym celem Wielka Polska Katolicka!

Paweł Korzondkowski

O kilku błędach wolnorynkowców

Obserwując różne dyskusje w temacie gospodarki na szeroko rozumianej prawicy (a więc w środowisku konserwatystów, narodowców, nacjonalistów, republikanów itd.) nie sposób nie zauważyć, że dziś bardzo trudno krytykować jakikolwiek aspekt kapitalizmu, uważając się jednocześnie za „prawicowca”. Być może trochę się w tej materii zmienia, ale jeszcze niedawno wszelkie „odchylenia” od zachwytów nad wolnym rynkiem (liberalizmem gospodarczym, kapitalizmem) natychmiast spotykały się z zarzutem propagowania socjalizmu, zaś wygłaszający te sądy byli uznawani za „lewaków”. W tym krótkim artykule pragnę zasygnalizować, iż można być zarówno człowiekiem prawicy, katolikiem jak i narodowcem, nie będąc przy tym bezkrytycznym apologetą wolnego rynku.

Faktem jest, że Kościół katolicki zawsze krytykował komunizm i socjalizm. Papież Pius XI poddał komunizm druzgocącej krytyce w swojej encyklice z 1937 roku zatytułowanej Divisi Redemptoris, kilkadziesiąt lat wcześniej Ojciec Święty Leon XIII w encyklice Rerum Novarum zauważył zgubne skutki postulatów socjalistów. Wypowiedzi i dokumenty hierarchów Kościoła piętnujące socjalizm i komunizm można by mnożyć. Faktem jest także, że Kościół opowiada się za wieloma postulatami „wolnorynkowców” takimi jak np. sprzeciw wobec zbyt dużej ingerencji państwa w gospodarkę, wolnością ludzkiej inicjatywy, itd. Nie mniej nie sposób nie zauważyć, że – przynajmniej dominujące – rozumienie wolnego rynku w niejednym aspekcie odbiega od katolickiego poglądu na gospodarkę. Poniżej ukażę te rozbieżności na czterech przykładach.

Po pierwsze: Odpowiedź na pytanie, czy gospodarką mają rządzić jedynie tzw. prawa rynku, czy też powinien istnieć nad nimi jakiś „czynnik kierowniczy”? Papież Pius XI w punkcie 88 encykliki Quadragesimo Anno zauważył:
Jak jedności społeczeństwa nie można opierać na walce klas społecznych, tak i właściwego ustroju gospodarczego nie można zostawić wolnej konkurencji. Stąd z nieskrępowania wolnej konkurencji wypłynęły, jak z zatrutego źródła, wszystkie błędy indywidualistycznej ekonomii, która w falach zapomnienia lub niewiedzy utopiwszy społeczny i moralny charakter życia gospodarczego sądziła, że władza państwowa winna mu zostawić zupełną niezależność i pełną swobodę pod pozorem, iż wolny rynek i wolna konkurencja stanowić ma rzekomo dla życia gospodarczego zasadę kierowniczą, regulująca o wiele doskonalej niż jakakolwiek świadoma ingerencja ludzka. Wolna konkurencja jednak – jakkolwiek w pewnych granicach słuszna i pożyteczna – nie może być kierowniczą zasadą życia gospodarczego i doświadczenie aż nadto potwierdziło tę prawdę, kiedy w życie wprowadzono zgubne postulaty indywidualistyczne.
Nieco dalej Ojciec Święty stwierdza, iż „zasadą kierowniczą” winna być: „sprawiedliwość społeczna” i „miłość społeczna”.

Po drugie: współcześni, polscy wolnorynkowcy ze wstrętem traktują każde wspomnienie o „sprawiedliwości społecznej”, uznając, iż coś takiego albo w ogóle w sensie ścisłym nie istnieje (tak pogląd zdaje się propagować Janusz Korwin Mikke), albo jest „lewackim” wymysłem. Jak można zauważyć w powyższym akapicie, Kościół, i to już wiele lat temu, posługiwał się tym pojęciem. Sprawiedliwość społeczna jest czymś dobrym, pożytecznym i dla prawidłowego funkcjonowania państwa koniecznym. Chcąc odpowiedzieć na pytanie czym jest sprawiedliwość społeczna można zacytować słowa wybitnego wadowickiego znawcy problematyki społecznej, księdza Jana Piwowarczyka:
przedmiotem sprawiedliwości społecznej jest prawo dobra społecznego, a podmiotem wszelki podmiot prawny od jednostki począwszy, poprzez prywatne stowarzyszenia i państwo, a na ludzkości kończąc. Do sprawiedliwości społecznej może więc apelować robotnik, gdy otrzymuje płacę zbyt niską i państwo, gdy obywatele nie płacą podatków, społeczność religijna, gdy państwo odbiera jej prawo do wolności sumienia lub wyznania, i naród, gdy drugi naród przy pomocy swego państwa nie pozwala mu na swobodny rozwój
(J. Piwowarczyk, Katolicka etyka społeczna, t. 1, Katolicki Ośrodek Wydawniczy „Veritas” w Londynie, s. 66).

Po trzecie: rozumienie własności. Nie jest prawdą, że człowiek może zrobić ze swoją własnością, co mu się tylko podoba. Nie można np. dysponując ogromnym majątkiem przechodzić obojętnie obok biedy innych ludzi. Leon XIII wyjaśnia:
Posiadanie prywatne bogactw jest prawem człowieka (…) naturalnym, a korzystanie z tego prawa, szczególnie dla człowieka żyjącego wśród społeczeństwa, jest nie tylko dozwolone, ale także konieczne. (…) Kiedy już jednak uczyniło się zadość konieczności i przyzwoitości, wówczas dobra zbyteczne obrócić należy na rzecz potrzebujących
(Rerum Novarum, 19).Tego obowiązku – co papież wyjaśnia w dalszej części encykliki – nie można egzekwować prawem, nie mniej obowiązuje on katolików w sumieniu.

Po czwarte: swoboda zawierania umów. Kwestią często podnoszoną przez wolnorynkowców jest prawo do swobodnego zawierania umów. Tak więc – zdaniem zwolenników niczym nieskrępowanej konkurencji – nawet jeśli pracownik na mocy zawartej umowy otrzymuje płacę tak niską, że nie jest w stanie się za nią utrzymać, pracodawca nie wykracza przeciwko sprawiedliwości. Jak jednak zauważa cytowany powyżej papież Leon XIII:
Chociaż więc pracownik i pracodawca wolną z sobą zawrą umowę, a w szczególności ugodzą się co do wysokości płacy, mimo to jednak ponad ich wolą zawsze pozostanie do spełniania prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron, które powiada, że płaca winna pracownikowi rządnemu i uczciwemu wystarczyć na utrzymanie życia. Jeśli zatem pracownik zmuszony koniecznością, albo skłoniony strachem przed gorszym nieszczęście, przyjmuje niekorzystne dla siebie warunku, które zresztą przyjmuje tylko pod przymusem, ponieważ mu je narzuca właściciel warsztatu lub w ogóle pracodawca, wtedy dokonuje się gwałt, przeciw któremu głos podnosi sprawiedliwość
(Rerum Novarum, 34).

Podsumowując chciałbym stwierdzić, iż na pewno gospodarka Wielkiej Polski nie może opierać się na skompromitowanych pomysłach socjalistów i komunistów. Nie może także ślepo kopiować rozwiązań proponowanych przez dogmatycznych liberałów. Naszą drogą jest solidaryzm społeczny, będący w sumie jednym z wariantów wolnego rynku (choćby dlatego, że dla solidarystów własność i oddanie pola inicjatywie prywatnej także jest ważne), aczkolwiek w nie jednym punkcie wchodzący w konflikt z dogmatycznym liberalizmem gospodarczym. Zarówno kolektywizm jak i indywidualizm to błędne ideologie. W obecnych czasach nietrudno być antykomunistą. Dużo trudniej walczyć z dogmatycznym liberalizmem.

Paweł Korzondkowski

wtorek, 4 lutego 2014

Ernst Jünger - kilka cytatów

(...) w przyszłości raczej padnę samotnie z wolnymi, niż pójdę z niewolnikami w pochodzie triumfalnym
Siła idei wyraża się żądaniem ponoszenia ofiar, a nie obietnicą zapłaty
W idei narodu nie widzę nic przestarzałego, jak też w rodzinie której wartość już od czasów Oświecenia próbuje się naruszyć
Choćby drzewo było nie wiem jak stare: jest młode w każdym nowym kwitnieniu
Ani jednego głosu na jakąkolwiek partię!
Epoka humanitaryzmu to epoka, w której ludzie stali się rzadsi
Walące się ołtarze są siedliskiem demonów
Żadnych kompromisów, żadnych głosowań, żadnych koncesji

wtorek, 18 stycznia 2011

Przysięga składana przez wstępujących do Ligi Akcji Francuskiej

Francuz z urodzenia i serca, z rozumu i woli, wypełnię wszystkie obowiązki świadomego patrioty. Zaangażuję się w walkę z każdym reżimem republikańskim. Republika we Francji jest bowiem rządem cudzoziemców. Duch republikański dezorganizuje Obronę Narodową i faworyzuje wpływy religii otwarcie wrogich tradycyjnemu katolicyzmowi. Francji musi zostać zwrócony ustrój, który będzie naprawdę francuski. Nasza jedyna przyszłość jest zatem w Monarchii, uosabianej przez Jego Wysokość Księcia Orleańskiego, spadkobiercę czterdziestu królów, którzy przez tysiąc lat byli Francją. Jedynie monarchia zapewnić może ocalenie publiczne i - biorąc odpowiedzialność za porządek - zapobiec złu, rozpoznanemu przez antysemityzm i nacjonalizm. Monarchia, ktora jest organem koniecznym dobra wspólnego, przywróci autorytet, wolności, dobrobyt i honor. Przyłączam się do dzieła restauracji monarchicznej. Będę mu służyć wszystkimi dostępnymi środkami.

Więcej o Action Française: http://metapedia.konserwatyzm.pl/wiki/Action_Française

niedziela, 16 stycznia 2011

Profesora Skarżyńskiego charakterystyka konserwatystów

Konserwatyści:
1) to, co naturalne i ułomne, ale — ich zdaniem — rzeczywiste, przeciw-stawiają temu, co z pozoru może się wydawać perfekcyjne, ale w istocie jest wymyślone i sztuczne, szczególnie jako dzieło człowieka;
2) to, co wieczne i konieczne, przeciwstawiają temu, co tymczasowe i przypadkowe;
3) trwanie przeciwstawiają postępowi;
4) ład statyczny lub powoli ewoluujący przeciwstawiają chaosowi i anarchii;
5) wartości absolutne przeciwstawiają relatywizmowi;
6) autorytet przeciwstawiają woli większości i emancypacji;
7) zobowiązanie przeciwstawiają uprawnieniom;
8) zachowanie przeciwstawiają aktywizmowi i planowaniu;
9) zasadę legitymizmu przeciwstawiają zasadzie suwerenności ludu;
10) instytucje przeciwstawiają woli subiektywnej;
11) ducha narodu albo społeczności lokalnej przeciwstawiają indywidualiz-mowi;
12) całość przeciwstawiają autonomicznej części;
13) mądrość zawartą w tradycji, przesądach, doświadczeniach, a wreszcie i w pewnych tajemnicach, przeciwstawiają racjonalizmowi, wiedzy jed-nostki ludzkiej i przekonaniu o możliwości pełnego czy nawet zadowa-lającego poznania rzeczywistości;
14) to, co organiczne, przeciwstawiają temu, co zatomizowane;
15) hierarchię przeciwstawiają równości;
16) wiarę przeciwstawiają refleksji.

Z książki Konserwatyzm, Zarys Dziejów Filozofii Politycznej




Na obrazku książe Adam Jerzy Czartoryski jeden z twórców i przywódca emigracyjnego monarchistycznego i konserwatywnego stronnictwa Hôtel Lambert.

piątek, 10 grudnia 2010

Wywiad z Tomaszem Wiśniewskim (Reaktorem)

Tomasz Wiśniewski (ur. 1991) – szczecinianin, obecnie studiujący w Poznaniu na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza na kierunku historia - myśl i kultura polityczna. Fascynat monarchizmu, konserwatyzmu i nacjonalizmu – wszelkich prawicowych ruchów radykalnych i awangardowych oraz ich historii. Członek Organizacji Monarchistów Polskich, publikuje m.in. w internetowym magazynie „Młodzież Imperium”, gościł także na łamach Templum Novum i Polityki Narodowej. Fan muzyki postindustrialnej i neofolkowej, autor wielu klipów promujących „prawą” wizję świata, jeden z administratorów Forum Młodzieży Prawicowej XPortal.pl

Paweł Korzondkowski: W październiku rozpocząłeś studia w Poznaniu, jak odnajdujesz się w tym mieście i jak Ci się podoba na kierunku który wybrałeś?

Tomasz Wiśniewski: Zacznę od końca. Kierunkiem, który wybrałem jest "historia - myśl i kultura polityczna". Jak mi się wydaje, jest on wręcz stworzony dla mnie, ponieważ łączy wzajemne relacje świata idei i prób ich realizacji na przestrzeni dziejów, dotychczasowego ludzkiego "stawania się". Znajomość dziejów uważam za konieczną dla każdego człowieka uznającego się za stojącego po stronie Rzeczywistości, a więc formy świata wypracowanej czynami biorącymi za swoje źródło Boże natchnienie. W mieście jakoś się odnajduję, na pewno bliska jest mi jego pruska architektura (a pochodzę z jeszcze bardziej pruskiego Szczecina). Dodatkowo cieszę się, że przez dłuższy okres czasu mogę przebywać w historycznie polskim mieście, czego dotychczas nie doświadczałem. Odnośnie zaś otoczenia ludzkiego - generalnie gdziekolwiek bym nie był, to jest mi ono dość obce, utrzymuję od niego spory dystans, no i oczywiście mogę stwierdzić pewne różnice mentalne między moim pierwotnym a aktualnym środowiskiem.

P. K.: Z tego co wiem, masz już za sobą publikację na łamach MI oraz Templum Novum i kilku innych magazynów reprezentujących ideowy świat antysystemowej prawicy, oprócz tego piszesz wiersze. Jakie formy twórczości literackiej/publicystycznej uważasz za odpowiednie dla siebie i otoczenia, w którym działasz?

T. W.: Na swoim etapie zaangażowania czy też poziomie wyrobienia za najbardziej optymalne uważam pisanie recenzji (książek, płyt muzycznych), dopiero w dalszej kolejności bardziej naukowych artykułów. Wiąże się to z tym, że preferuję twórczość fragmentaryczną - opisywanie, zgłębianie, wyjaśnianie jakiegoś skromnego, okrojonego tematu - ponieważ z powodu niekontrolowanego przyrostu (zalewu!) informacji i produktów materialnych za niemożliwe uważam wypracowanie wielowątkowego, całościowego obrazu jakiegoś zagadnienia. Za każdym elementem takiego wykorzystania wiedzy ogólnej przychodzi kolejny, i tak dalej aż do rozmycia tematu. To jest postmodernizm. Oczywiście, moja optyka w tych aspektach musi być subiektywna, zależy od osobowych właściwości umysłu. Taką koncentrację na drobnych (w obliczu "całości" dziedzin nauki, kultury etc.) wytworach ludzkiego ducha i umysłu uważam jednak za dobrą szkołę dla własnego intelektu. A co do pisania wierszy, to stanowią one materię jeszcze bardziej osobistą, przekazują symbole zrozumiałe raczej dla nielicznych. Ze swojej strony staram się przyłożyć do ich "popularyzacji". Mógłbym też dodać coś o klipach umieszczanych na YouTube, ale o tym chyba będziemy mówić w dalszej części wywiadu.

P. K.: No właśnie, na Twoim youtub'owskim profilu można znaleźć sporo klipów. Większość z nich pod muzykę zespołów z bardzo pojemnego nurtu military/industrial/neofolk. Poruszają wiele tematów i wywołują sporo dyskusji, poczynając od Twojego pierwszego klipu z muzyką niemieckiego Von Thronstahl „Bellum, Sacrum Bellum?!” w którym starałeś się, w wersji mocno skróconej przedstawić historię kontrrewolucji. Dlaczego akurat ta forma? Czy jako konserwatysta uważasz za odpowiednie korzystanie z takich masowych przecież i niezbyt wyrafinowanych środków przekazu?

T. W.: Ha, klip o którym wspominasz jako pierwszy przeze mnie utworzony zawierał oczywiście sporą dawkę młodzieńczego idealizmu, chęci jak najszerszego przekazu, choć właściwie to i tak jego forma jest poważnie zracjonalizowana - aż dziwię się, że nie wyszło mi coś głupszego i bardziej patetycznego. No cóż, mimo że jestem konserwatystą to zostałem wychowany w ponowoczesności i innych form właściwie nie znam. Nie umiałbym namalować epickiego obrazu, stworzyć ze skały monumentalnej rzeźby czy czegoś podobnego. Wykorzystuję metody, które są mi dane, staram się udoskonalać w tym, co z otoczenia udało mi się pojąć i wykorzystać to w godnych celach. Nie obchodzę się przy tym bez żadnej refleksji co do wykorzystywanego obrazu, dźwięku czy tekstu. Tak, YT jak cały internet jest nieprzebranym syfem, potrafi utrwalić na jakiś czas zarejestrowane na filmie chwile i to w takiej liczbie, że kompletnie dezawuuje się wartość rzeczywistych dzieł, wymagających twórczego wysiłku. Szczęśliwie w tej pstrokaciźnie i nasze, hermetyczne środowiska potrafią zagospodarować jakąś niszę.

P. K.: Czy Twoim zdaniem, nie jest dziwne, że przedstawiciele polskiej młodej Prawicy integralnej, będący praktycznie w 100% tradycyjnymi katolikami opowiadającymi się za zasadą „extra Ecclesiam nulla salus”, potrafią jednocześnie tak wiele czerpać z dorobku niechrześcijańskich myślicieli takich jak np. René Guénon, Julius baron Evola, Yukio Mishima, Ananda Coomaraswamy?

T. W.: Nie, nie dziwi mnie to. Samo operowanie nazwiskami, powoływanie się na tych myślicieli etc. jeszcze nie jest straszne. Z ich idei wyzyskujemy radykalną antyświatowość, ale nie całość ich zapatrywań. Zazwyczaj jest zaznaczane przy tym, że są oni umocowani w innych nurtach myślowych. Stanowią pewne romantyczne modele z dalekich krajów, antytezę naszego aktualnego przyziemnego zagubienia. Właśnie poprzez konfrontację ich refleksji z tradycyjnym nauczaniem katolicyzmu, jego obyczajami, podaniami i figurami historycznymi dokonujemy odrzucenia chwastów z nieprawomyślnych nauk ludzi, których przytoczyłeś.
Nie do pominięcia jest przy tym dzisiejszy obraz naszych "bliższych" bohaterów, którymi wycierają sobie gęby wszyscy, od systemowych politykierów przy różnych rocznicach po twórców programów edukacyjnych reżimowego szkolnictwa. Są oni dla nas zbyt tani, skończeni, stali się tylko fasadami swoich czynów i przekonań, które to fasady są jednym z brudów zalepiających mózgi współczesnych "ludzi". Wizerunek wartościowych postaci, utrwalonych w powszechnej świadomości, można będzie zmienić tylko dysponując władzą informacyjną, kulturową.

P. K.: Problemem polskiej Prawicy są nieustanne konflikty. Choć jest ona niezbyt liczna, to i tak nadal się dzieli. Ostatnio byliśmy świadkami sporu między tzw. romantykami (Organizacja Monarchistów Polskich) a realistami (Klub Zachowawczo Monarchistyczny). Czy wg Ciebie te spory mają sens i czy jest szansa na jakiś wspólny front w walce contro il mondo moderno?

T. W.: Moim zdaniem wszystko ma sens, który objawi się w odpowiedniej chwili. Tymczasem po prostu go nie rozumiemy. Same zaś miana przypisane stronom tego konfliktu są tylko umownymi uproszczeniami i nie muszą koniecznie oznaczać tych konkretnych wizji. W tej rozgrywce "romantyzm" vs. "realizm" to tylko wyabstrahowane pojęcia. Sądzę, że za tym kryje się jednak coś więcej, jest to rzeczywiste starcie dwóch nurtów na skrajnej prawicy, ale w tak krótkim czasie nie możemy ich prawidłowo zidentyfikować. Sami aktorzy sporu są na to zbyt młodzi; kłótnia trwająca rok czy dwa może rozstrzygać o czymś w demoliberalizmie, ale nie w świecie idei. Właśnie z tych powodów nie mam ochoty mówić zbyt dużo.

P. K.: Dziękuję za rozmowę i życzę wierności w podtrzymywaniu świętego ognia Tradycji.

T. W.: Również dziękuję i pozdrawiam. Mam nadzieję, że w swoich słowach udało mi się zawrzeć obraz tego, czym się zajmuję i pobudek za tym stojących. Taka jest moja rola, etymologicznie (z j. łac.) spójna z samym jądrem znaczenia tradycjonalizmu - przekazywanie. Idei, myśli, wartości.